aktualności

23/06 - Na kanapie Konrada Swinarskiego. Spotkanie trzecie:wolność, tożsamość, duchowość - czy polityka?

2014-06-23



Marat/Sade P.Weiss, reż. Konrad Swinarski, Schiller-Theater, Berlin 1964, fot. H.Croner

rozmawiają
Jan Andrzej Kłoczowski OP (dominikanin, profesor filozofii UP)
i Zbigniew Mikołejko (profesor filozofii religii PAN)

23 czerwca >< godz. 19.00
Narodowy Stary Teatr
Nowa Scena, ul. Jagiellońska 1

Swinarski: Nasze rozmowy o principiach sprowadzały się do sporu heglisty z katolikiem .

Georg Wilhelm Friedrich Hegel Napoleon, rozmawiając kiedyś z Goethem o istocie tragedii, wyraził pogląd, że tragedia nowożytna tym głównie różni się od starożytnej, iż dziś los nie włada już ludźmi, a miejsce dawnego fatum zajęła polityka. Ona więc powinna dziś pełnić w tragedii rolę nowoczesnego losu, owej nieprzezwyciężonej potęgi, przed którą ugiąć się musi jednostka ludzka.
(Wykłady z filozofii dziejów, przeł. Janusz Grabowski i Adam Landman, t.2, Warszawa 1958, s. 97)

Jeżeli polityka jest losem, ślepą i bezwzględną koniecznością to nadszedł czas marny dla wolności, tożsamości i duchowości: homo politicus jest zwierzęciem żarłocznym, pożera wszystko i każdego. Ale ten proces pożerania nie polega na unicestwieniu tych słów, lecz na radykalnej zmianie znaczenia. I tak wolność staje się zrozumieniem konieczności, tożsamość  byciem takim samym jak inni, a duchowość lirycznym poszukiwaniem „odmiennych stanów świadomości”. I nie łudźmy się, że ta zmiana jest wynikiem działań osobników sprawujących władzę, homo politicus jest w każdym z nas, jesteśmy ofiarami nas samych. Jesteśmy uzależnieni a ta zależność uwidacznia się w totalnej podejrzliwości i nieufności. Władza jest zniewolona przez opozycję, opozycja przez aktualnie rządzących, a ci, którym się wydaje, że od tego zamętu uciekli na pustynię prywatności także spotkają tam swojego demona nieufności a on już zadba, aby nimi zawładnąć.

Pisze poeta: „Tam, gdzie jest niebezpieczeństwo, rośnie też to, co niesie ratunek” (Hölderlin). Gdzie znaleźć ocalenie? Szukamy wszyscy. Czy niesie je filozofia? Owszem, budzi nadzieję, młodzi chcą się jej uczyć, ale nadziei ubywa w miarę jak więcej zdobywają wiedzy. Analityczna precyzja jest matematycznie czysta ale egzystencjalnie jałowa. Ponowoczesne drogi myślenia prowadzą na pustynię, na której próżno szukać życiodajnego źródła.

A może religia? Demon nieufności robi wszystko aby podważyć jej prawomocność. Z pism Marksa zapamiętano jeden jedyny cytat:  religia jest „opium ludu”. Wielu mówi: jakieś „opium” jest zawsze potrzebne, ale dlaczego szukać go w kościelnej kruchcie albo w medytacyjnym kręgu?  Jeżeli nie ma Boga, to niech każdy znajdzie  swojego boga, takiego, którego sam dla siebie ustanowi. A czy także i ci, którzy z dumą niosą sztandary wiary nie są często podszyci jadem podejrzliwości? Jak powiedział jeden z nich modląc się: „Jezu ufam Tobie, bo nie ufam nikomu”.
Sztuka? „Cóż po poecie w czasie marnym”? Dla wielu ludzi sztuki bóstwem, któremu składają ofiary i cześć jest bożek kontestacji. Podważono wszystko i wszystkich, a skoro nie ma już dna (jak zapewnia nas Różewicz) to także kontestacja staje się nudnym banałem. Okazuje się, że także  w sztukach (zwanych dawniej „pięknymi”) to demon polityki stał się zgrabnym reżyserem przedstawienia. Bądźmy sprawiedliwi: to ważne, że wielu z dziecinną przebiegłością objawiło, że król jest nagi. Ale bywają srogie zimy i trzeba się czymś okryć.

Ostatecznie chodzi o człowieka, o jego ocalenie, a zasadnicze pytanie trzeba sformułować w języku ponowoczesności: czy jest coś głębszego od dna?

Jan Andrzej Kłoczowski OP

Wolność, tożsamość, duchowość – czy polityka?

1.  A może też znaleźliśmy się w sytuacji oczekującego bezradnie i daremnie – jednak z pełnią wolności – „przed bramą prawa” z Kafkowskiej przypowieści: zatem mając w sobie pełnię mocy i absolutną zdolność wyboru, właśnie nimi zostajemy paradoksalnie sparaliżowani, obezwładnieni tak, że nie potrafimy uczynić kroku? Bo wolność nas oto przeraża – ale czym przeraża? Czy tym, że „wszystko jest dozwolone” (bo „Boga nie ma”, jak chciał Dostojewski, bo „nie ma miecza i nie ma topora”, jak chciał Grochowiak?)?

2. A może też należałoby przywołać – skoro już mówimy o fatum (a zgodnie z Michelem Foucaultem) – obezwładnienie nas przez „władzę dyskursu”, przez jego przemoc. I w związku z tym mówić o nieistnienie jakiejś wiedzy obiektywnej i niezależnej, uznając, że wszelka wiedza jest jednym z narzędzi manipulacji społecznej, że człowiek znajduje się zupełnie w trybach sposobu wypowiedzi, języka, przede wszystkim w trybach „dyskursu” siły, który poprzez swoją obezwładniającą sieć pojęć służy rozróżnianiu, dyskryminacji, izolacji, oskarżaniu, potępianiu, prześladowaniu. Że „prawda” jest w istocie wynikiem statusu społecznego oraz praktyki politycznej i ideologii. Ich „dyskurs”, ich sposób mówienia, ich język zagarnia tutaj zatem bez reszty człowieka, który na swój sposób zostaje odczłowieczony, który „obumiera”. Przecież jednak Historia seksualności, ostatnie z wielkich dzieł Foucaulta, nie jest już tak kategoryczne i „rozszczelnia” ów fatalizm dyskursu, dopuszczając możliwość, że uświadomienie człowiekowi owej „władzy” (poprzez badania nad nim) pozwoli mu na bardziej twórcze i swobodne przeżycie swego losu, na odkrycie „sztuki życia”. Gdzieś więc może jest jednak – niejasne, słabo rysujące się w dalekim horyzoncie – wyjście z piekła?

3. Czy – wreszcie - reguły „biowładzy” albo „biopolityki”, o jakich mówią Foucault i Giorgo Agamben, ogarniające Zachód przynajmniej od XVII stulecia, od czasów Hobbesa, i tak bardzo dominujące nad wszelkimi aktami naszej egzystencji, są nam pisane na zawsze? Czy to tylko faza przejściowa naszej niepowabnej i ospale tragicznej epoki? I gdzieś tam otwiera się jakaś szczelina, jakieś rozwarcie w upojnie nam serwowanej doktrynie państwa coraz bardziej opiekuńczego, które ma przecież ma drugą i ciemną stronę: czyni nas potencjalnymi homo sacer – istotami mogącymi, bez ponoszenia odpowiedzialności, zostać zabitymi (lecz nie złożonymi w ofierze), istotami mogącymi zostać, dla dobra „systemu”, zostać w każdej chwili poddanymi zasadzie „wyłączającego włączenia” albo „włączającego wyłączenia” (Agamben)?

4. A ponadto: to raczej jasne, że rozsypuje się historyczna forma, jaką określamy łacińskim mianem religio. Czy wyzbycie się tego duchowego, jak chce ów termin  „wiązania”, zostanie zastąpione „wiązaniem” nowym, jeszcze bezkształtnym i pozbawionym imienia, lecz już jakoś rodzącym się w szczelinach naszego obecnego świata? Czy też czają się gdzieś przed nami się przestwory absolutnego jakiego dissipatio – duchowego „rozsypania się” na całkiem samotne wyspy, z wiarą tylko intymną, radykalnie partykularną, radykalnie osobistą? Zresztą nie chodzi tylko o religio, lecz o wszelkie inne „wiązania”, jakie teraz jeszcze łączymy – wciąż mimo wszystko łączymy – z pojęciami na przykład „sztuki”, „kultury” czy, najogólniej, „wspólnoty” albo „tożsamości”. Jaki zatem tragizm jest nam pisany? Bo zawsze jakiś tragizm jest nam przecież pisany.

Zbigniew Mikołejko



Kup bilet online
copyright 2010-2014
Projekt i wykonanie serwisu aem