spektakle baz@rt re_wizje wydawnictwa edukacja
zobacz galerię:

spektakle

Werter

Historia Wertera zaczyna się wtedy, kiedy zmęczenie znowu każe odwrócić wzrok od świata. Kiedy wszystko wokół jest jedynie okrutne. Co zrobić, gdy rzeczywistość wydaje się zaledwie śladem zostawianym przez odpływającą falę? Szukać ukojenia na ruinach natury? Zakochać się? A jeśli wszystko pozostanie obce?
 
Werter to widmo nawiedzające Wahlheim i jego mieszkańców. Przybywa, by po raz kolejny zamienić się w melancholijne zwierzę i zagrać samego siebie. Kim jest upiór zarażony niechęcią wobec świata i dlaczego nie daje nam spokoju?
 
Można by powiedzieć, że Michał Borczuch przeczytał powieść Goethego przez pryzmat romantyków. Jego wersja "Cierpień młodego Wertera" nie tylko penetruje psychikę typowego bohatera romantycznego - młodego melancholika i nadwrażliwca, ale też nawiązuje dialog z innymi tekstami z tamtego okresu, przede wszystkim z IV częścią "Dziadów". Prostota tego szkolnego wręcz klucza jest jednak myląca. Spektakl podsuwa o wiele więcej możliwości interpretacyjnych i używa estetyki, która wyprowadza nas daleko poza romantyzm. Reżyser i aktorzy wydobyli z romantycznego konstruktu całą jego ambiwalencję, pokazując zarówno przesadę i patos, jak i autentyczność. Tym samym życiowa postawa romantycznego bohatera staje się z jednej strony ośmieszoną, pustą pozą, z drugiej - egzystencjalnym doświadczeniem "człowieka bez właściwości". Ta sprzeczność wydaje się - tak dla postaci, jak dla całego spektaklu - fundamentalna i konstytutywna.

(Monika Kwaśniewska, Dwutygodnik – Strona Kultury nr 17)

 
Ostrzej niż w poprzednich przedstawieniach sformułowana zostaje w "Werterze" węzłowa sytuacja teatru Borczucha, w której centrum tkwi człowiek, Boża sierota, wypluta w obcy, martwy świat. "Werter" Michała Borczucha to teatr w procesie formowania. Na przecięciu dwóch stylistycznie odmiennych części przedstawienia wyłania się nowa teatralna jakość.
 
(Marcin Kościelniak, Tygodnik Powszechny)

 
Romantyczna historia miłosna nikogo już nie obchodzi. Krakowski "Werter" to spektakl o porażce: idei, uczuć, wiary. Z gorączki młodzieńczej powieści Goethego "Cierpienia młodego Wertera" na scenie krakowskiego Starego Teatru ocalało niewiele. Akcja toczy się współcześnie. Lotta występuje bez różowej kokardy, a Werter bez fraka i żółtej kamizelki. Brak reszty zwyczajowego sztafażu. (..) Autorzy spektaklu dopisują powieści dalszy ciąg. Miejsce akcji zmieniło się. W dolinie powstała fabryka azbestu, przeobrażając krajobraz i ludzi. Albert chce rewitalizacji doliny i utworzenia zakładu utylizacji ludzkich odchodów. (...) Przy takiej zmianie powieść Goethego staje się ramotką. Jej idealistyczne hasła powrotu do natury brzmią groteskowo, dając efekty wręcz komiczne. "Cierpienia" muszą się więc wydać staroświecko naiwne. Śmieszą idee i postawy, które dla pokoleń czytelników były mitem. Paradoksalnie, w spektaklu jest coś więcej niż banalny pomysł zdewaluowania wszystkich wartości. Opowieść staje się przejmująca, gdy reżyser sięga po oryginalny tekst. Z tyrad głównego bohatera wyziera bowiem poruszające doświadczenie obcości, niezależne od stopnia zanieczyszczenia środowiska czy tolerancji obyczajowej. Pytający o sens egzystencji Werter nie odnajduje się wśród innych.
 
(Justyna Nowicka, Rzeczpospolita nr 258)
 

Choć z tytułu usunięto "cierpienia", zostawiając suchego "Wertera", tematem spektaklu Michała Borczucha jest cierpienie. (...) Borczuch nieustannie podważa sceniczną rzeczywistość. Podejrzliwie przygląda się każdemu gestowi, słowu i wykrystalizowanej sytuacji. Tworzy spektakl na pograniczu teatru i plastyczno-muzycznej instalacji, pełen zaskakujących pomysłów. Jak wiadomo, "Werter" Goethego to powieść w listach, pisanych przez tytułowego bohatera do przyjaciela, Wilhelma. U Borczucha Wilhelm (Roman Gancarczyk) siedzi przy fortepianie i gra - głównie pieśni Schuberta, które skręcają w stronę mniej melodyjnej muzyki (...) Werter poznaje Lottę (dziewczęca Marta Ojrzyńska, potem Iwona Budner, grająca dojrzalszą Lottę), jej narzeczonego Alberta (Krzysztof Zawadzki), państwo M. (Ewa Kolasińska i Zygmunt Józefczak), Henryka (Bogdan Brzyski). To prowincjonalne towarzystwo - ubrane bez gustu, ale i bez pretensji, szkicowane lekko i bez dbałości o przypisanie do jakiejkolwiek rzeczywistej sfery. Borczuch, wpisując powieść Goethego we współczesny sztafaż, nie stara się o realizm. Bawi się jawnie sztuczną tandetnością scenicznego świata. Uwolnieni od realizmu aktorzy grają lekko i naturalnie - i tym wyraźniej rysują się tematy nieprzystosowania Wertera do świata (...) Spektakl Borczucha wymyka się próbom przyszpilenia podobnie jak wszystkie dotychczasowe jego przedstawienia (...) Ta umiejętność wymykania się jest organicznie wpisana w jego teatr - na tyle intrygujący, że warto starać się przestawić na jego częstotliwość.
 
(Joanna Targoń, Gazeta Wyborcza- Kraków)
 

Borczuch, którego kocham, mówi nam celnie o tym, jak komplikujemy to, co naturalne. Najpierw opowiada o Werterze lekko. Mota miłosny trójkąt, szkicuje zabawne portrety prowincjuszy zamieszkujących okolicę, którą bohater wybrał na swoją ostatnią przystań. A potem historia mrocznieje. Okazuje się, że intryga miłosna nie jest ważna. Miłość zawsze coś zasłania. Na przykład dewastację środowiska naturalnego. Niszczymy nie tylko siebie, schnąc z nieodwzajemnionego uczucia, nasze zatrute dusze trują także dziewiczą przyrodę. (...) W kluczowej scenie przedstawienia Borczuch wyświetla na ekranie za plecami aktorów film, na którym, dzieci bawią się beztrosko na krakowskiej łące. W tle wielkie dymiące kominy elektrociepłowni Łęg. Długo kontemplujemy ten obraz (...) i wtedy reżyser każe maszynistom zerwać ekran, zniszczyć fałszywą krainę niewinności. Oczom widzów ukazuje się wybebeszone wnętrze teatru, który dopiero co nas okłamywał miłością i pięknem przyrody. Czyżby koniec wszelkich iluzji? Nie, bo Borczuch na śmierć jednej iluzji przyprowadza następną, jeszcze cudowniejszą! (...) Jak nad głowami aktorów pojawia się wielka azbestowa chmura, jeden z najpiękniejszych obiektów, jakie widziałem w teatrze! Taka wata cukrowa opuszczająca się z nieba. Niby lekka, leciusieńka, a jednak trochę za gęsta jak na prawdziwą chmurę. Opalizująca włóknami, zdumiewa harmonią zastygłej na wieki piany. Jakże piękne są toksyczne dzieła rąk ludzkich, jak niezwykłe pominiki po nas zostaną! Nieludzkie i nienaturalne, a jednak godnie zastępujące naturę. Można umrzeć ze szczęścia. Kocham Katarzynę Borkowską, największą polską scenografkę!

(Łukasz Drewniak, Dziennik Gazeta Prawna nr 218)



Kup bilet online

Bilety

Wybierz tytuł spektaklu:



cena biletu:

55 zł [normalny];
35 zł [ulgowy]



bilety ulgowe przysługują:
- emerytom, rencistom,
  inwalidom i ich opiekunom
- studentom, uczniom
- posiadaczom Kart Stałego Widza


copyright 2010-2014
Projekt i wykonanie serwisu aem