spektakle baz@rt re_wizje wydawnictwa edukacja
zobacz galerię:

spektakle

Nasze miasto


Nasze miasto Thorntona Wildera przeważnie bywa postrzegane jako ciepła i sentymentalna pochwała życia „prostych ludzi”, zamieszkujących prowincjonalne amerykańskie miasteczko. Można jednak spojrzeć na nie z innej perspektywy: tak jak cenzorzy, którzy tuż po wojnie zakazali wystawiania tego tekstu w NRD, obawiając się, że może on wywołać falę nastrojów depresyjnych, a nawet samobójstw. Ta perspektywa wydała się nam trafniejsza i ciekawa. Dla nas bohaterowie Naszego miasta są umarłymi, zamkniętymi w pułapce nieśmiertelności. Próbując w teatrze opowiedzieć o swoim życiu, przedstawiają widzom również swoje nie-życie. Ich doświadczenie jest doświadczeniem oglądania rodzinnego albumu i starych pocztówek – obcowania z wykrzywionymi, materialnymi śladami wspomnień. Odtwarzaniem starych historii i układaniem ich na nowo. Pamięć okazuje się niewiernym sługą i nie daje nad sobą zapanować: chadza własnymi ścieżkami i zawsze podsuwa wspominającym bohaterom coś innego, niż chcieliby zobaczyć.

Nasze miasto nie jest zwierciadłem, w którym możemy się przejrzeć. Jest elastyczną konstrukcją, która przyciąga kolejne opowieści i mity. Dzięki temu może w sobie zmieścić także nasze historie: wchłonąć prywatne mitologie, które zbudowaliśmy z przeczytanych książek, obejrzanych filmów, użytych przedmiotów i przeżytych zdarzeń. Chcemy się przyjrzeć tym mitom, rozegrać je na scenie, poddać analizie, ocalić albo odrzucić. Opowiedzieć o bohaterach naszych wspomnień: o naszych rodzicach, o świecie, do którego nas wpuścili. Zmierzyć się z tematami, na które zawsze jest za wcześnie, albo za późno. 


PRASA O SPEKTAKLU:

„Ujmujący świat czy przestrzeń sztuczności? Sielski obraz miasteczka czy brutalne obnażenie schematów? Spektakl Szymona Kaczmarka umiejętnie zwodzi widza, stopniowo ujawnia drugie dno kolorowych obrazów i słodkich dźwięków. Uderzenie będzie mocne, bo to wcale nie jest miły świat. Obraz wycięty z marzeń pięcioletniej dziewczynki. Pastele, puder, cukierki, koronki, ptysie, szelki. Uśmiechnięta pani w sukience jak niebo w wakacyjny poranek. Druga - słodka blondynka, sweterek w kolorze gumy do żucia, spódnica - trawnik w pełnym słońcu. Panowie o aparycji niedzielnego tatusia gotowego na spacer i karuzelę. Trochę groteskowa ta ich nieporadność w stroju - są jak lalki ubrane w kolorowe szmatki. Muzyka otacza postaci udźwiękowioną sielanką - czy to soundtrack do filmu z serii "Kino Familijne" czy melodia małomiasteczkowego jarmarku? Zmysły same dopowiadają resztę: zapach waty cukrowej, sklejone słodkością palce, spokojne alejki mieszkalnej dzielnicy, delikatne światło i głębszy wdech - tak pachnie święty spokój i arkadia w wersji rodzinnej.

„Nasze miasto” (sceniczna realizacja utworu Thorntona Wildera) w reżyserii Szymona Kaczmarka zaczyna się jak bajka na dobranoc. Rozmarzona widownia daje się oszukać - gorycz tej landrynki uwalania się powoli. Za to dobitnie.

Ta pozornie banalna historyjka dwóch rodzin oraz trudnej miłości nastolatków zdradza swoje sekrety powoli, przez małe szczelinki w plastikowym budulcu miasteczka przepuszcza wyziewy rozkładu. Nijakość, banalność, "teatrzykowatość" prowadzonych rozmów każe zapomnieć o znaczeniu wypowiadanych słów. Lepiej spojrzeć tam, gdzie widać szwy. Zamiast kochającej się rodziny na scenie pojawia się gromada frustratów zagubionych w smutnym spektaklu, do którego zmusiło ich życie. Emily ma problem z matką, która zdaje się jej nie akceptować, pan Webb jest dobrym, ale trochę zbyt naiwnym człowiekiem, którego nie rozumie żona, pani Webb chce zadowolić wszystkich i zapomina o sobie. Pan Gibbs wychowuje syna, ale jego układ z panią Gibbs jest niepewny - ona jest chłodna i nieodgadniona. Emily jest porządną dziewczyną, ale zbyt wrażliwą, łatwo ją zranić, zakochuje się z wzajemnością w Georgu, który okazuje się niedojrzały do małżeństwa. Nic bardziej prawdopodobnego jak rodzinne problemy małżeństw i ich dorastających pociech. Nic bardziej rzeczywistego niż pierwsza miłość i pierwszy zawód młodych, pragnących czerpać z życia garściami marzycieli. Nic bardziej typowego, oczywistego, kartonowego. To nie kilka scen wziętych z życia prostych ludzi na amerykańskiej prowincji, ale festiwal nakręcanych robocików. Bohaterowie tylko udają życie. Każdy zamyka się w swoje ułomności i obwarowuje frazesami w imię twierdzenia: "rzeczywistość będzie taka, jaką zagramy. (…)

Spektakl Kaczmarka zachwyca w sposób depresyjny. To opowieść przekorna, doskonale pomyślana, zagrana, pokazana. Intrygująca jest zabawa z konwencją, to przemieszanie sztuczności, która staje się rusztowaniem świata. Dziwaczność ukazuje się na granicy, a tutaj granic jest wiele. Po pierwsze publiczność a scena - granica zniesiona, zanegowana, ale w jakiś nienaturalny, groteskowy sposób (zapalone światło, Reżyser zwracający się do widzów, udawane pytania, wtargnięcie redaktora Gibbsa pomiędzy fotele). Po drugie podwojona gra aktorów, którzy udają udawanie, schematyzują schematy, wyśmiewają sami siebie. Po trzecie przestrzeń samej sceny - uproszczona scenografia przypominająca rysunek przedszkolaka - rozdźwięk między banałem rekwizytów a uzyskaną dzięki prostocie środków ostrością widzenia. Po czwarte relacje między samymi postaciami, kontrastujący Stimson i napięcie powstające na styku ich wymalowanych zmywalną farbą światów. Problem granicy między udawaniem a tym, co chciałoby się uważać za prawdę - organizuje cały spektakl. To dzieło przemyślane, dopracowane. Trudno znaleźć jego słabsze strony. Taki koniec świata w pastelowych barwach ma podwojoną moc.”

"Cukrowa wata i koniec świata", Daria Bednarek,
www.e-splot.pl 



„Niewiele już zostało małych miasteczek, w których życie toczy się spokojnie, leniwie, determinowane odwiecznym cyklem narodzin i śmierci. W przydomowych ogródkach pachną heliotropy i geranium, a śluby i pogrzeby kolejnych mieszkańców dostarczają tematów kronikom towarzyskim. Z dala od wielkiej polityki, zgiełku metropolii i gonitwy nie wiadomo za czym ludzie rodzą się, dorastają, zakładają rodziny, przeżywają mniejsze lub większe problemy dnia codziennego. Następnie odchodzą niezauważalnie, bezgłośnie. Pozostaje po nich jedynie tablica na parafialnym cmentarzu.

W podróż do takiego właśnie miasteczka widzów Narodowego Starego Teatru w Krakowie postanowił zabrać Szymon Kaczmarek. Młody reżyser sięgnął po trochę zapomniany dziś tekst dwudziestowiecznego amerykańskiego dramaturga, Thorntona Wildera, starając się wzbogacić serię kadrów z życia prowincji o prawie metafizyczną refleksję na temat życia i śmierci.

W pierwszym akcie naszym oczom ukazuje się prosta, ale wymowna scenografia autorstwa Kai Migdałek. Wynurzające się spomiędzy drewnianych klepek ogrodowe rośliny, rozsadzające je miejscami i oplatające niczym bluszcz, wywołują wrażenie niepokoju. W rogu sceny stoją niewielkie, kościelne organy. To przecież całe Grover's Corner - parę starych domów, wokół nich porośnięte bujną roślinnością ogródki i kościół, który jest nie tylko miejscem modlitwy, ale też spotkań towarzyskich i forum wymiany myśli. Dość ekscentrycznie ubrani aktorzy (daleko im do mieszczańskiej elegancji początku wieku), w takt prostego akompaniamentu wykonują zaimprowizowaną piosenkę na kilka głosów, uśmiechając się przy tym nieśmiało i nieco sztucznie. Tak jakby chcieli przekonać nas, że życie na ich małym skrawku planety to istna sielanka. Z niewielkich pudełek opatrzonych nazwiskami, przywodzących na myśl szufladki na akta, szpitalne kartoteki, bądź nagrobne tablice, wyjmują stosy zapisanych papierów i rekwizyty potrzebne im do odegrania swoich ról w spektaklu. Całe ludzkie życie zamknięte jest w czterech drewnianych ściankach.(...)”

Katarzyna Misiuk, Teatralia Nr 4/30.01.12



Kup bilet online

Bilety

Wybierz tytuł spektaklu:



cena biletu:

30 zł (normalny)
20 zł (ulgowy)



bilety ulgowe przysługują:
- emerytom, rencistom,
  inwalidom i ich opiekunom
- studentom, uczniom
- posiadaczom Kart Stałego Widza


copyright 2010-2014
Projekt i wykonanie serwisu aem